Dave i Noah są świadkami jak pędy roślin porywają dwie uczennice i atakują profesor McGonagall. Niestety, wszyscy myślą, że oni to zrobili...
Księga Pierwsza
Ziemia/Earth
...Dave przyłożył ucho do zimnych kamieni i do jego uszu dotarł kolejny odgłos. Tym razem wyraźnie usłyszał słowo "Air". Dave czuł, jak coś się do niego zbliżało, odwrócił się gwałtownie i poczuł jakby kamień spadł mu z serca. To była Lindsay Meal - ta wścibska Krukonka.
Dziewczyna przeszła obok Davida, obrzucając go dziwnym spojrzeniem. Na chwilę zwolniła, mijając go, ale kiedy chłopak nie wykonał żadnego ruchu, bez słowa weszła do kabiny.
***
Podczas pokonywania drogi do wieży Gryffindoru, Dave starał się zachować jak największą ostrożność. Wytężał słuch, mając nadzieję na rozwiązanie zagadki niepokojących dźwięków, ale jedyne, co dotarło do jego uszu, to szuranie myszy, która biegła korytarzem. Gdy chłopak dotarł do portretu Grubej Damy, wypowiedział hasło i wszedł do salonu. Przywitał się ze znajomymi, którzy w Pokoju Wspólnym toczyli ożywioną dyskusję o minionych wakacjach. Szybko ich jednak opuścił i udał się do dormitorium. Noah leżał na łóżku z książką w ręku.
- Rok szkolny jeszcze się na dobre nie zaczął, a ty już się uczysz? - David zatrzymał się w połowie drogi do swojego łóżka i uniósł brwi w geście zdziwienia.
- Jutro o ósmej mamy zielarstwo. To doskonała okazja żeby zdobyć kilka punktów dla Domu - Noah nawet nie podniósł wzroku znad książki.
- Oszalałeś. - David pokręcił głową, rozsunął kotary przy swoim łóżku i usiadł.
- Nie oszalałem, tylko jutro mamy zajęcia z Puchonami. Nie wiem czy pamiętasz, ale oni ostatnio zgarnęli Puchar Domów. Hufflepuff, przecież to skandal! - Noah obrzucił kolegę oburzonym spojrzeniem. - A jak ty się właściwie czujesz? Lepiej ci?
- Lepiej, lepiej. - David położył się na pościelonym łóżku, wyciągając nogi. - Spotkamy się na dole przed północą, ok?
- Czemu nie powiesz mi o tym już teraz? - Noah włożył zakładkę między strony i zamknął podręcznik.
- Bo za dużo ludzi kręci się po salonie. W każdej chwili ktoś może tu wejść.
Ledwie David wypowiedział te słowa, do dormitorium weszli Robert i Hubert - Gryfoni, których głównym zajęciem było rozsyłanie po Hogwarcie plotek. Uwielbiali przekazywać informacje dalej, nawet wtedy kiedy nie znali do końca prawdy.
- Nie idziecie na dół? - zapytał rozbawiony Robert. - Mała impreza powitalna się rozkręca, jest kremowe piwo, tylko was brakuje, smutasy.
- Już kilka butelek piwa wypiłeś, co? - Noah uśmiechnął się ironicznie. - Zaraz idziemy. Co nie, Dave? - Szturchnął łokciem kolegę.
- No to super, czekamy. - Dwaj Gryfoni wyszli z sypialni, nie domykając drzwi.
Kiedy chłopcy znaleźli się w Pokoju Wspólnym, usiedli na dywanie koło kominka i niemal od razu Noah zaczął zajadać się smakołykami z Miodowego Królestwa. David, pamiętając o sensacjach żołądkowych sprzed kilkudziesięciu minut, z trudem powstrzymał się od sięgnięcia po słodycze.
W salonie panował straszny bałagan i hałas. Grała głośna muzyka, do tego dochodził gwar rozmów. Kilku Gryfonów, wyglądających jakby wypiło zbyt dużo kremowego piwa, pląsało w rytm muzyki, chociaż David wątpił, czy zdają sobie sprawę z tego, gdzie się znajdują. Uśmiechnął się z politowaniem i pokręcił głową, po czym wrócił do przerwanej rozmowy z Noahem.
***
Po północy salon zaczął pustoszeć. Uczniowie wyczerpani przebiegiem całego dnia - głównie podróżą i ucztą powitalną, powoli znikali za drzwiami prowadzącymi do dormitoriów. Noah również nie miał ochoty na dłuższe siedzenie w Pokoju Wspólnym i oznajmił, że idzie spać. David był tym nieco zawiedziony, ale z braku lepszej perspektywy, też poszedł się położyć. Jednak oczekiwany sen nie nadszedł - wyrzuty sumienia nie pozwalały mu zasnąć. Myślał o Sylwii, zastanawiał się co się z nią dzieje. Nie mógł sobie wybaczyć, że po powrocie do domu nie opowiedział o wszystkim mamie i nie poprosił, by zawiozła go do szpitala.
***
Następnego dnia pobudka Davida i jego kolegów z dormitorium była cięższa niż zwykle.
- Niech ktoś wyłączy tę muzykę. - Robert zakrył uszy dłońmi, ale dudnienie w jego głowie nie ustało.
- Trzeba było tyle nie chlać. - Dave'owi też nie było łatwo opuszczać ciepłego łóżka, tym bardziej, że nie przespał połowy nocy. Nie było jednak rady, chłopcy musieli się w miarę szybko ubrać i spakować, jeśli chcieli zdążyć przed lekcjami zjeść śniadanie.
Kiedy zeszli do Wielkiej Sali, większość uczniów siedziała już za suto zastawionymi stołami. Dave zauważył, że na posiłku pojawiło się wyjątkowo mało Ślizgonów, a już na pewno nie było wśród tej grupy żadnego ucznia z ich rocznika. Zajął miejsce i rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, na który z hogwarckich specjałów ma największą ochotę. Na talerzach i półmiskach leżały rogaliki, kanapki, grzanki, różne rodzaje płatków i wielozbożowe ciastka. Chłopak postanowił zacząć od kawy, mając nadzieję, że to postawi go na nogi.
- Dave, przepraszam cię za wczoraj - zaczął Noah.
David podniósł głowę znad talerza. Naprzeciwko nich, przy stole Krukonów, siedziała Lindsay, która jak zwykle podsłuchiwała. Już otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Dave spiorunował ją wzrokiem. Szturchnął Noaha i podbródkiem wskazał na dziewczynę.
- Nie gap się, bo dostaniesz wytrzeszczu - mruknął Noah w stronę koleżanki.
Dziewczyna obrzuciła chłopaków oburzonym spojrzeniem i bez słowa wróciła do jedzenia.
- Nic się nie stało, Noah. Powiem ci dzisiaj. - David uciął rozmowę i sięgnął po półmisek z tostami.
Po śniadaniu Gryfoni i Puchoni udali się do szklarń. Pomona Sprout serdecznie ich powitała i zaprowadziła do szklarni numer 4. Mówiła im, co w tym roku będą omawiać. Lekcja przebiegła płynnie i spokojnie. Dzięki Noahowi, który poprzedniego wieczoru czytał książkę o zielarstwie, Gryffindor zdobył 5 punktów, ale uczniowie z domu Helgi Hufflepuff zdobyli ich aż 20. Było to naturalne, ponieważ Pomona była opiekunką Hufflepuffu i zawsze dawała im fory. Następnie Gryfoni mieli lekcję z Krukonami u profesora Snape'a, a Puchoni ze Ślizgonami profesora Binnsa. Lindsay wraz z Dagmarą i z Krukonem Natanem odpowiadali na wszystkie pytania, co denerwowało Snape'a i zamiast postawienia im oceny, i punktów dla Domu za pracę na lekcji, odjął im punkty za przeszkadzanie nauczycielowi. Po eliksirach Gryfoni spotkali się z Ślizgonami na lekcji transmutacji, gdzie mieli omawiane sprawy organizacyjne, jak zawsze w pierwszy dzień szkoły. Po ukończeniu zajęć Dave grał w szachy czarodziejów z Robertem w Pokoju Wspólnym Gryffindoru.
- Szach mat! - zaśmiał się Robert.
- No, nie... Ja cię kiedyś ogram, zobaczysz.
W tym samym czasie do pokoju przyszedł Noah.
- Dave, idziesz się przejść? - zaproponował Noah, gryząc jabłko.
- A chętnie.
Kiedy chłopcy znaleźli się na zewnątrz, ruszyli w stronę lasu. David rozejrzał się i dostrzegł w pobliżu dwie grupy Ślizgonów i Puchonów oraz dyżurującą profesor McGonagall. Nagle fragment ziemi tuż obok muru zamku zaczął pękać, a z niego wydostały się pędy, które popełzły w kierunki grupy Puchonów.
Po dłuższej chwili dwie uczennice poczuły, że coś zaciska się wokół ich kostek. Kiedy skierowały wzrok w dół, z przerażeniem odkryły, że pędy coraz bardziej oplatają ich nogi. Chwilę później dziewczyny upadły, a pędy brutalnie ciągnęły je w stronę dziury w ziemi.
Wystraszone dziewczyny krzyknęły i rozpaczliwie próbowały się czegoś złapać. Dopiero krzyk zwrócił uwagę profesor McGonagall, która szybko podbiegła do uczennic i wyjęła różdżkę z zamiarem rzucenia zaklęcia. W tym momencie tuż przed nią pojawił się blok ziemi, odgradzając ją od Puchonek i uniemożliwiając udzielenie pomocy.
- Bombardo! - krzyknęła McGonagall, kierując różdżkę na blok skały.
Skała pękła, a wtedy nauczycielka poczuła jak pod jej stopami rusza się ziemia. Ogromny kawał ziemi, lewitując w powietrzu, zaczął odlatywać od Puchonek.
McGonagall zeskoczyła z latającego fragmentu ziemi i ruszyła ku dziewczynom, które już prawie były w dziurze. Dave i Noah oraz grupa Ślizgonów i reszta Puchonów patrzeli z niedowierzaniem na przebieg wydarzeń. Profesor McGonagall chciała użyć zaklęcia, ale zanim zdążyła zareagować, jej różdżka została wyrzucona gdzieś wysoko przez jeden z pędów.
Kolejna warstwa ziemi oderwała się od gleby i pod idealnym kątem uderzyła w McGonagall tak mocno, że ta odleciała sześć metrów do tyłu, uderzając w drzewo. Na ten widok Dave i Noah wraz zresztą Puchonów wyciągnęli różdżki i zamierzali rzucić jakieś zaklęcie, które powstrzyma pędy, ale ziemia zadrżała i osunęła się, wywracając wszystkich. Ślizgoni zaczęli uciekać w stronę zamku. Pędy wciągnęły Puchonki do dziury i zniknęły. Profesor Tralewney i profesor Flitwick, widząc leżącą profesor McGonagall, podbiegli do niej i zabrali ją do Skrzydła Szpitalnego. Dave'owi i Noahowi nic się nie stało, ale po tym wydarzeniu po całej szkole rozniosła się plotka, że to oni porwali gdzieś dwie Puchonki.
Ślizgoni uważali, że któryś z nich jest dziedzicem Salazara Slytherina i że to dwóch Gryfonów otwarło Komnatę Tajemnic. Dumbledore podejrzewał, że w szkole czai się Śmiercożerca.
- No, a nie mówiłem! Jaki oni mają tupet! - krzyczał Robert wskazując palcem na Dave'a i Noaha.
- Ty chyba nie sądzisz, że to my to zrobiliśmy? - zapytał Dave, marszcząc brwi.
- Nie?! A kto niby!
- Mam cię dosyć, idź sobie. Szkoda nie ciebie energii - stwierdził Dave odsuwając Roberta na bok.
- Jeszcze zobaczymy! - wrzasnął Robert, ale już nie uzyskał odpowiedzi.
Dave i Noah w milczeniu skierowali się w stronę schodów prowadzących do dormitoriów. Kiedy znaleźli się w sypialni, rzucili się na swoje łóżkach i już po chwili w pomieszczeniu było słychać delikatne pochrapywanie Noaha. Przed zaśnięciem Dave przypomniał sobie słowa Sylwii, kiedy policjant zawoził ich do szpitala. W samochodzie dziewczyna mówiła o tym, że zaatakowało ją drzewo, że zaatakowały ją pędy. Dave rozmyślał nad tym cały wieczór, ale wyczerpany z sił szybko zasnął.
Czytam opis i już jestem przerażona.
Zacznę właśnie od samej stylistyki. Czytałam pierwszą wersję, którą wysłałeś, zapominając o kilku akapitach. No cóż, teraz po ponownym przyjrzeniu się tekstowi, stwierdzam, że wyszła z tego zupełnie inna historia niż początkowo. Kilka moich uwag dotyczyło właśnie kwestii, które jednak w jakiś magiczny sposób się teraz pojawiły (np. wątek Sylwii. Choć mimo wszystko wydaję mi się, że potraktowałeś to bardzo szczątkowo). Większość błędów została wyeliminowana, całe szczęście. Bo już zaczęłam się zastanawiać, czy ten tekst faktycznie był betowany. Ale tak jak mówię, teraz jest o wiele lepiej, choć interpunkcyjnie trochę leży.
Sama akcja - no cóż, dla mnie... za szybko. Szczególnie od chwili zajęć z Pomoną. Wszystko działo się w takim tempie, że musiałam jeszcze raz do tego wrócić, żeby zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Trochę mi też nie pasuje niekompetencja McGonagall, która tak łatwo dała się ubezwładnić jakimś pędom i jeszcze wylądowała w szpitalu. Na ten moment jestem pół na pół nastawiona do tej historii. Ale może się rozkręcisz.
PS. wiem, że to nie jest błąd, bo Twoje postacie możesz sobie nazywać, jak tylko chcesz, ale David i Dave to dwa różne imiona. Kiedyś nawet była sprawa w Ameryce, że podczas ceremonii małżeńskiej pomylono te imiona, myśląc, że można je traktować wymiennie. A tu kłopot, bo trzeba było płacić kilka setek dolarów za zmianę. ; )